Kto kryje się pod maską, czyli jak to jest być artystą ulicznym                      powrót do strony Asi

Marc Bonnetin / Joanna Nitefor

Jakie jest twoje wykształcenie?

Jestem absolwentką I Liceum Ogólnokształcącego w Raciborzu. Licencjat z Edukacji Artystycznej w zakresie sztuk plastycznych zrobiłam w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Raciborzu, tytuł magistra sztuki uzyskałam na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Kaliszu.

Dlaczego zajęłaś się sztuką ulicy? Gdzie występujesz?

Szukałam  ciekawego  sposobu  na  życie - takiego złotego środka,  który  pozwoli  mi łączyć pasję (sztukę, teatr, muzykę i podróże) z pracą i zarabianiem pieniędzy. Tak zaczęła się moja przygoda z performansem ulicznym i żywą rzeźbą. Założyłam z przyjacielem projekt Street Art Masters.
Praca ta wiąże się z licznymi wyjazdami. Razem z moim przyjacielem Maciejem stawialiśmy nasze pierwsze artystyczne kroki

w 2003 roku na krakowskim rynku - tam odbyło się nasze pierwsze uliczne show, oparte o klasyczną pantomimę, w czarno -  białej  konwencji.  Następnie  stworzyliśmy  Złotą Parę, z którą występowaliśmy w Raciborzu oraz Krakowie.

Z tym kostiumem w 2006 roku wyruszyliśmy w pierwszą długą, zagraniczną trasę – do Cannes oraz Wenecji. I tak żywe rzeźby Street Art Masters zaczęły swoje podróże.
Występowaliśmy na ulicach wielu miast w Polsce, Niemczech, Holandii, Belgii, we Włoszech, Francji, Hiszpanii, na Wyspach Kanaryjskich, Łotwie. Poza stałą współpracą, np. podczas Dni Rybnika, Michaelis-Kirchweih (Fürth,  Niemcy) oraz z Zamkiem Piastowskim w Raciborzu, występowaliśmy m.in. podczas:  Altstadt Fest (Norymberga), imprezy Halloween w Erlangen  (Niemcy),  Leżajskiego Targowiska Sztuki, Wdepnij na Deptak (Rybnik), majówki w Kazimierzu Dolnym, Jarmarku Dominikańskiego (Gdańsk), Jarmarku Bożonarodzeniowego (Wrocław), INTRO Festivalu (Racibórz), Dni Ulicy Łodzi, imprezy Magic Malbork, Carnaval de Tenerife (Wyspy  Kanaryjskie), Geentse Feesten (Belgia). 

Wystąpiliśmy w „Kawie z mleczkiem” Radia Zet oraz w „Teleexpresie” i podczas poznańskiej  Parady  św. Marcina. Nasze rzeźby są  zapraszane na polskie i międzynarodowe festiwale żywych rzeźb i sztuki ulicy, m.in. na Just Edi Show i Przyjaciele (Łódź), Uliczny Festiwal Osobliwości(Szamotuły), Oostende Living Statues Festival (Belgia), Earth.Sky.Sea (Łotwa), Statues en Marche (Belgia), World Living Statues Festival (Holandia). Byliśmy rezydentami w Wenecji, Norymberdze, Brugii, Paryżu i na Teneryfie.

Od kilku lat także sama koordynuję działania projektu Street Art Masters. Skupiam wokół siebie kilku artystów zajmujących się performansem ulicznym. Działam i podróżuję również solowo, zajmuję się tworzeniem żywych rzeźb (takich jak : living statute, mim uliczny, statua) oraz formami teatralnymi (pantomima, street performance, happening) w dziedzinie animacji kulturalnej.
Współpracujemy z instytucjami kultury, korporacjami, centrami handlowymi, polskimi i międzynarodowymi festiwalami, nasze żywe rzeźby można wynająć na imprezy, eventy i wszelkie wydarzenia okołokulturalne.

W czerwcu 2017 roku odbędzie się pierwsza edycja Międzynarodowego Festiwalu Żywych Rzeźb w Raciborzu, którą mam przyjemność współorganizować z przyjaciółmi.

Rozumiem, że to sztuka, która daje Ci możliwość podróżowania, poznawania ludzi, zarabiania pieniędzy. Jak się do tego przygotowujesz? Jak poszukujesz charakteru i wyrazu żywej rzeźby?

Stworzenie  żywej  rzeźby  to  cały  proces.  Pomysł  najpierw  rodzi  się  w  moje  głowie.  Zastanawiam  się  nad   postacią – jaka  ma  być, jak się zachowywać, wymyślam charakter, gesty, historie oraz tworzę wstępne projekty kostiumu. Potem szukam odpowiednich ubrań, materiałów, dodatków (peruki, rękawiczki, ozdoby, biżuteria), rekwizytów. Szperam po second handach, kupuję  koronki,  paski,  broszki,  wybieram farby do tkanin, werniksy i z tego tworzę kostium. Gdy coś mnie przerasta, korzystam z pomocy krawcowej lub moich bliskich.
Ważnym elementem są farby do charakteryzacji ciała. Tu stawiam na najwyższą jakość i osobiście jestem od początku działalności wierna firmie Kryolan.

Każda rzeźba to mój autorski pomysł i wykonanie. I co ważne: każda postać jest zupełnie inna!
Jako dziecko teatru, przywiązuję dużą wagę do pomysłu, estetyki wykonania, warsztatu, gry aktorskiej,  dopracowanych  ruchów.
Bardzo ważne dla mnie jest stworzenie wyrazistej, barwnej postaci. Chcę, by widz czuł, że to, na co patrzy, nie jest przypadkiem,  tylko przemyślanym  aktem.  Przez  ten  pryzmat  oceniam  również  innych  artystów  i  bardzo  mnie  cieszy, gdy  widzę  warsztat,  estetykę lub  postać, która daje coś dobrego z siebie i jest czymś więcej niż tylko pustym kostiumem bez pomysłu na działanie.

Skąd czerpałaś inspirację? Co popchnęło Cię do działania?

Przez 10 lat byłam aktorką raciborskiego Teatru Tetraedr, gdzie pod skrzydłami niesamowitej kobiety, Grażyny Tabor,  uczyłam  się i doskonaliłam swoje umiejętności przy realizacji spektakli teatralnych: podczas warsztatów aktorskich, pracy z ciałem, pantomimy, zajęć wokalnych, tanecznych,  szczudlarskich,   kuglarskich.  Studiowałam  także  historię  i  teorię  teatru.  Miałam  swoich Mistrzów, takich jak: Tadeusz Kantor, Leszek Mądzik czy Włodzimierz Staniewski. Te doświadczenia stały się fundamentem mojej osobowości artystycznej. Dzięki festiwalom teatralnym  i wielu projektom kulturalnym, w których brałam udział, poznałam wielu cudownych artystów i twórców. Takie spotkania inspirują, więc patrzyłam, rozmawiałam, uczyłam się, chłonęłam.
Z żywą rzeźbą zaczęło się od eksperymentu. W Raciborzu podczas festiwalu piosenki na Zamku mój przyjaciel, z którym pracowałam później w duecie przez 7 lat, wystąpił z klasyczną, czarno-białą pantomimą i kapeluszem na pieniądze. Reakcja ludzi była wspaniała, kapelusz pełny i postanowiliśmy w ten sposób zarobić pieniądze na wakacyjną wyprawę.
Spotkaliśmy się z Olkiem, raciborzaninem, jedną z pierwszych żywych rzeźb w Polsce, który udzielił nam wskazówek na temat tworzenia kostiumów, farb, charakteryzacji. Zrobiliśmy nasze pierwsze kostiumy i wyjechaliśmy na miesiąc do Krakowa.

Efekty pracy tak pozytywnie nas zaskoczyły, iż postanowiliśmy zająć się sztuką ulicy na poważnie. Trzy lata  później wyjechaliśmy  na dwa miesiące do Wenecji – był to nasz uliczny chrzest bojowy.

Z jakim odbiorem publiczności się spotykasz?

Osobiście nie mam wielu negatywnych doświadczeń. Kocham to, co robię. Ludzie są ciekawi, doceniają estetykę, pomysł

i warsztat. Działają tu zasady podobne jak w innych dziedzinach sztuki: jeśli pokazujesz coś dobrego, dopracowanego, estetycznego, nowego czy ciekawego - ludzie chcą i przyjdą to zobaczyć. Gdy coś jest kiepsie, gdy jesteś spięty, smutny czy w złym nastroju – publiczność to wyczuwa, zwraca  mniejszą uwagę lub ignoruje, co przekłada się także na zarobki.

Na ulicy nie ma  miejsca  na  półśrodki i  fałsz.  Jeśli  jesteś  szczery, otwarty, jesteś całkowicie „tu i teraz” - publiczność jest twoja.
Ulica to wyjątkowe miejsce – pokazuje prawdę, odziera Cię z kompleksów i wyobrażeń. Jesteś właściwie nagi. Każdy może Cię dotknąć, skrytykować, pochwalić, nie ma bezpiecznej bariery, jaką jest scena. Musisz się zmierzyć sam ze sobą, ze swoimi emocjami, blokadami... Przyznaję, że na początku nie było to łatwe.
Przez lata pracy, eksperymentów i obserwacji doszłam do podobnych wniosków, jak Jerzy Grotowski czy Peter Brook: prawda jest widoczna, a to, co masz w sobie, promieniuje na zewnątrz ; ludzie to wyczuwają, odbierają, widzą.

Energia krąży, im więcej z siebie dobrego dajesz, tym więcej dostaniesz od innych ludzi w postaci uśmiechów, dobrej energii

i materii. Ta  wymiana  jest  piękna -  nadaje działaniom sens, daje moc, radość, siłę do pracy.
Uprzedzając pytanie, które zawsze nieśmiało pada: tak, można żyć ze sztuki. Dobrze żyć. Trzeba tylko znaleźć sposób, zaufać sobie i działać. Mam takie same potrzeby, jak inni – mieszkania, jedzenia, samochodu, rozrywek. Od czasu studiów jestem niezależna finansowo, mam cudownego partnera, adoptowanego niedawno ze schroniska kundelka, podróżuję po świecie, rozwijam się

i mam czas na moje inne pasje.

Jak wygląda twoje uliczne show? Kiedy reagujesz, jaki masz na to system?

To też był proces.

Zaczynałam od klasycznej pantomimy. W czarno - białej charakteryzacji krążyliśmy z przyjacielem po krakowskim rynku, wchodząc w interakcję z ludźmi i odgrywając różne absurdalne scenki. Pieniądze wrzucano nam do wielkiego, metalowego, pogniecionego sitka.
W następnym roku zaczęliśmy działać bardziej statycznie - na podestach, w złotych kostiumach.

Ludzie wrzucali pieniądze, my zaczynaliśmy się ruszać. Rok później stworzyliśmy pierwszą rzeźbę z prawdziwego zdarzenia - znaną raciborzanom z występów na rynku i albumu „Spotkania” podwójną rzeźbę Conjugal Carousel (Karuzela Małżeńska), inspirowaną przepiękną, monumentalną fontanną z Norymbergi, na której rzeźbiarz ukazał różne oblicza relacji kobiety i mężczyzny.

Nasza rzeźba utrzymana była w kolorach antycznego brązu, z dopracowanym ruchem slow - motion i perfekcyjnymi stop - klatkami, ze scenariuszem opartym o damsko-męskie gierki. Opowiedzenie całej historii trwało ok. Godziny. Cudowne było to,

że niektórzy zostawali, by ją w całości obejrzeć!  Z tą rzeźbą zaczęliśmy wyjeżdżać na zagraniczne festiwale.
Nasz system ewoluował. Będąc uważnymi na to, co dzieje się wokół, wchodziliśmy w interakcję z publicznością, graliśmy z ludźmi, naginaliśmy scenariusz na potrzeby chwili, wymyślaliśmy nowe rekwizyty. Wciąż też doskonaliliśmy nasz warsztat.
Gdy zaczęłam pracę solową z rzeźbą Bizarre Queen, rozbudowałam jeszcze technikę, dopracowałam ruch. Gdy zastygam nieruchomo, obserwuję i jestem czujna na to, co dzieje się dookoła. Chętnie wchodzę w interakcję, kolekcjonuję całusy i włączam się w akcję, która ma miejsce obok nie tylko wtedy, gdy ktoś wrzuci pieniądze do kapelusza.

I to działa bardzo fajnie, odbiega od schematu pantomimy ulicznej, do której ludzie są przyzwyczajeni. Odbiór jest naprawdę pozytywny. To praca, która daje mi ogromną satysfakcję – wprowadza baśniowy element w świat rzeczywisty, wywołuje uśmiech u  dorosłych  i dziką radość u dzieci. W kostiumie jestem postacią z pogranicza jawy i snu, takim trochę bajkowym stworkiem.

Z jednej strony ludzie wiedzą, że pod kostiumem, peruką i farbą jest prawdziwy człowiek, z drugiej - często zdarza się,

że podchodzą, przytulają się, zwierzają ze swoich problemów i trosk, proszą o dobrą energię dla siebie.

To jest niesamowite i jestem za to ogromnie wdzięczna.

Jak długo trwa jedna sesja?

Pracuję zazwyczaj ok. 4-5 godzin, z jedną lub dwiema krótkimi przerwami. Podczas festiwali czy zleceń zależy to od oczekiwań organizatorów, ale zazwyczaj system jest podobny.
Zdarza się, że na ulicy jest taka energia i tłum, że kilka godzin mija zupełnie nie wiadomo kiedy.

Jaki jest twój najnowszy projekt?

Rok temu stworzyłam z przyjaciółką podwójną rzeźbę Bubble Fairies (Bańkowe Wróżki), utrzymaną w barwach turkusu i starego złota. Jest to duże, radosne  show  z  bańkami  mydlanymi,  zabawnymi  rekwizytami,  wielkim pająkiem, magicznym kociołkiem pomiędzy dwiema Wróżkami. Mocno oparte o interakcję z widownią. Premiera tej rzeźby miała miejsce w 2016 roku podczas majówki w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. W związku z tym, że projekt Street Art Masters rozrasta się, nie jestem w stanie osobiście wykonywać wszystkich zleceń. Gdy zamówienia dotyczą kilku rzeźb na raz, mam kilkoro ludzi,  z  którymi  współpracuję. Staram  się  być  dobrym szefem i wszystko dopinać organizacyjnie na ostatni guzik, by praca dawała im jak najwięcej satysfakcji, a jak najmniej stresu.
Mam aktualnie siedem postaci, z którymi pracuję, a w planach już kolejne. Planuję częściej występować w Raciborzu – zawsze jest to bardzo pozytywne doświadczenie.
Cieszę się, że spotkałam ludzi, z którymi zrealizuję moje wieloletnie marzenie, czyli Międzynarodowy Festiwal Żywych Rzeźb

w Raciborzu.

Czym jest dla Ciebie praca artystyczna? Co wnosi w twoje życie?

Praca artystyczna daje mi przede wszystkim wielką satysfakcję, możliwość decydowania o sobie, o godzinach pracy,

o współpracownikach, czasie wolnym, opcję podróżowania po świecie, głębokiego doświadczania pracy nad sobą, nowych wyzwań, ludzi i projektów. Może się to wydawać z pozoru łatwe, ale nie do końca tak jest. Ta praca daje wolność, ale wymaga dużej samodyscypliny, kreatywności, zaangażowania szukania odbiorców, pomysłowości, wprowadzania nowych rzeczy. Czasami jest tak, że pracuję  siedem dni w tygodniu po kilkanaście godzin, tym bardziej że zajmuję się jeszcze innymi rzeczami - jestem wokalistką i menadżerem zespołu Sudarynja, prowadzę  warsztaty wokalne, śpiewam w chórze żeńskim oraz  od niedawna  gram w Teatrze Żydowskim. Mój kalendarz na pół roku w przód powoli się wypełnia, a okres zimowy to planowanie i organizowanie kolejnego sezonu artystycznego.
Artysta, ktoś bez etatu, tzw. freelancer nie wędruje przez pół dnia po domu w piżamie z kubkiem kawy, proszę mi wierzyć ! Jest swoim szefem, sekretarką, księgową i jednocześnie twórcą. Jeśli chce dostać wypłatę i żyć na fajnym poziomie, musi to wszystko zorganizować, wypracować, załatwić masę formalności, pozwoleń. To godziny spędzane na dzwonieniu, pisaniu maili, nawiązywaniu kontaktów, szukaniu informacji, doskonaleniu warsztatu, codziennej pracy z ciałem. Niektórzy mówią, że takie życie wymaga odwagi, ale osobiście uważam, że to kwestia osobistych predyspozycji, potrzeb i priorytetów. Czuję się całkowicie bezpieczna, obserwuję to, co się wydarza, kształtuję moje życie, ufam wyższej sile i sobie. Nic samo nie przychodzi, tylko jest wynikiem naszego działania, pracy, zaangażowania i wiary w to, co robimy.

Z dobrym nastawieniem, wsparciem przyjaciół i bliskich naprawdę możesz wszystko.

 

 

RACIBÓRZ 22.02.2017r.

  Transkrypcja: Małgorzata Sokołowska

                                                                     Korekta: Bogumiła Jankowska

powrót do strony Asi